Nad szmerem strumieni
Skonały niezabudki;
W łanach zbóż - bławaty;
W mrocznych lasów zieleni -
Białe smutki
Konwalii.

A Zachód wieczorny się pali
W ogrodzie, kędy lilia czysta
W rezygnacji -
A na jej modlitwach żmija
Swoje pierścienie obwija,
Żałobna i promienista...

Zachód wieczorny się pali
I nie będzie księżyca i gwiazd na firmamencie:
Ogień Zachodu i zmierzchy,
W jakimś szalonym zamęcie,
Pokryją kirem drzew wierzchy -
I będą cyprysy;
Ubiorą w szkarłaty
Kwiaty -
I będą róże;
Spadną tumanem krwi, legną w popiele -
I będą maki;
i, dziwnym czarem ich -
Asfodele!

(Węglem smutku i zgryzoty - II)


Bratem jeszcze nie jestem tego, co skazany
By opłakiwać życie; we mnie życie wzbiera.
Lecz przecie idę naprzód, polem, gdzie się zbiera
Z pokorą, dobrotliwie, zwiędłych lilii łany.

I tak się pochyliłem, jak powiewne cienie
W tchnące wieczystą nudą spowite całuny,
I pod sklepieniem pustym, bez gwiazd lśniących łuny,
Czarne róże zrywałem, uśpiony marzeniem.

Zabierz ten chłodny bukiet, niby znak najwyższy
Niezmienionej mej miłości i gdy świat tkwi w ciszy
Wieczoru, o najmilsza, wdychaj kwiatów wonie:

Zapachami wwiedzionej w kraje monotonii
Rozdzierające duszę, w klimaty agonii,
Mniej gorzkie się wydadzą zagrobowe tonie.