Miłość pragnę miłować, skorom nie przeklęty,
Owa kochanka z lilią, co zna Ogród święty.

Dusza moja, pragnieniem tym uszczęśliwiona,
Jest śpiewem gwiazdy, który o zachodzie kona.

Chcę kochać lilię wiary miłością przeczystą,
Lilię, wśród cierni Krzyża drżącą, promienistą!

Bo me ziemskie miłości, tak rozdzierające
Piły już z wszystkich kwiatów rosnących pod słońcem.


Ja uwięziona w lochu
I smutna jak ballada,
Anielska lilia blada
Kwitnąca w mroku.

Nie widzę już błękitów,
Ni słońca, ni księżyca;
Zakryłam swoje lica,
Rodzica smętnych.

A czasu wciąż bezmiary,
Na mą zbolałą głowę
Długie godziny nowe
Sypią, jak popiół.

I legnę pośród prochu,
I skończę jak ballada,
I jako lampa blada
Zgasnę o zmierzchu...

O ty, co z życia zdroju
Pić idziesz rozkosz karła,
Przechodniu! patrz, już zmarła...
Może twa dusza?

(Węglem smutku i zgryzoty - XVII)