Kocham! Goreję! - Milcz ty! tak mowa jest pusta!
Serce grzmi, łono dyszy, w głębiach, nawałnicą!
Ach! przymruż lśniące ognie oczu, tygrysico!
Ach! daj mi kąsać żywe kwiaty, twoje usta!
Niechaj twą kibić ścisnę ramion mych obręczą,
A mleczne bryzgi moich gwiazd, z twą krwawą tęczą
Chciwie skłębione, w łona twojego przestworza
Rzucą drgającą wieczność!

Ciała, jak dwie fale
Leżą, mdlejące, lśniące, w słonecznym upale:
O hej! na złotych brzegach życia Fale Morza!


Bratem jeszcze nie jestem tego, co skazany
By opłakiwać życie; we mnie życie wzbiera.
Lecz przecie idę naprzód, polem, gdzie się zbiera
Z pokorą, dobrotliwie, zwiędłych lilii łany.

I tak się pochyliłem, jak powiewne cienie
W tchnące wieczystą nudą spowite całuny,
I pod sklepieniem pustym, bez gwiazd lśniących łuny,
Czarne róże zrywałem, uśpiony marzeniem.

Zabierz ten chłodny bukiet, niby znak najwyższy
Niezmienionej mej miłości i gdy świat tkwi w ciszy
Wieczoru, o najmilsza, wdychaj kwiatów wonie:

Zapachami wwiedzionej w kraje monotonii
Rozdzierające duszę, w klimaty agonii,
Mniej gorzkie się wydadzą zagrobowe tonie.