Szedłem, mając za sobą fantazje Zachodów
Z złotych żółwi na morzu, z chmur ognistych ptaków,
Przez kraje nie dotknięte nigdy tchnieniem lodów,
Woniejące zapachem gorejących krzaków!

Tajemniczych gwiazd światła, z wyżyny lazuru,
Niby płatkami lilii chodziły mi lica,
A noc, wielka olbrzymka z czarnego marmuru,
Niosła przede mną cichą latarnię księżyca.

Nieznanych drzew olbrzymich zrywałem owoce,
Które mają smak buntu i słodycz ust żeńskich,
I z wód szumiących piłem bohaterskie moce,
I oto byłem gotów do wypraw zwycięskich.

Na szczerozłotych strunach, o których się nie śni
Śpiewakom ziemi, słońcu, w siłaczów pokorze,
Wielkie śpiewałem hymny, a mej głośnej pieśni
Olbrzymio harmonijnie wtórowało morze!

Odwiedziłem w siedzibach górnych wzniosłe Magi,
ukląkłem przed grobami Świętych w głębi lochów,
I tak ucałowałem zimne sarkofagi,
Iż mam jeszcze na ustach pocałunek prochów!

I oto w dom, którego przed laty zuchwale,
Odbiegłem, znowu wracam, mając w sobie ciszę;
A jeśli jeszcze jakiś Bóg przemówi w chwale,
To ja, próżen hałasu już, Boga usłyszę!


Hymny brzmiące w świątyniach, uroki ofiarne,
Szmery modlitw, lecące w gwieździste sklepienia,
Wszystko się krzywi, zmienia w wołania cmentarne,
W bluźnierstwa, krzyki, łkania, szerokie rzężenia!

Biada! biada! ma czaszka jest karczmą zbutwiałą,
Której szyld, uderzany wietrzana nawałą,
Jęcząc, dygocąc, woła gehennę zgłodniałą!

Szatany! wiedźmy! mary! pękają wierzeje!
A chuć jakaś okropna w powietrzu się chwieje,
A ma dusza, nie mając gdzie uciec, truchleje!

(Węglem smutku i zgryzoty XXIII)